Wspaniałe obrazy i dekoracje ścienne

oknna i rolety łódź

oknna i rolety łódź

Nazwisko Matejko działa magicz­nie. To dlatego opinia publiczna zareagowała, jakby odnaleziono bezcenne arcydzieło w rodzaju „Hołdu pruskiego”. Szczerze mówiąc, nie jest to jednak żadna rewelacja. Prawdziwą bombą byłoby, gdyby trafiono na trop naprawdę wybitnych obrazów Matejki, które przepadły bez śladu — mówi histo­ryk sztuki, współau­torka biografii malarza.
Często się zastanawia, gdzie wiszą zrabowane płótna Matejki – czy zdobią rezydencje rosyjskich lub ukraińskich oligarchów, trafiły do muzeów za naszą wschodnią granicą z tabliczką „malarz nieznany”, a może powędrowały na Zachód.
Historia z odnalezionym szkicem Ma­tejki zatytułowanym „Święty Eligiusz, patron złotników” pokazuje jednak, że niektóre z zaginionych podczas wojny dzieł sztuki mogą wisieć w prywatnych mieszkaniach w Polsce. Ten przypadek jest o tyle dziwny, że szkic wypłynął na aukcji zorganizowanej, został sprzedany i dopiero po pięciu la­tach wpadła na jego trop policja. Teore­tycznie nie miało się to prawa zdarzyć – obraz Matejki już dawno opisano jako zaginiony, więc kiedy przyniesiono go do domu aukcyjnego, ekspert nie powinien był go dopuścić do sprzedaży.

Informacja o szkicu znalazła się w Roczniku Muzeum Narodowego z 1966 r., oczywiście z adnotacją, że to strata wojenna. Osoba niezwiązana z ryn­kiem sztuki może nie mieć pojęcia, że taki rocznik istnieje, ale dla eksperta to źródło, po które powinien sięgać – twier­dzi Elżbieta Rogowska, naczelnik wy­działu ds. strat wojennych przy Minister­stwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

To drażliwy temat, więc wszyscy, któ­rzy się wypowiadają, starannie ważą słowa. Prawda jest bulwersująca – ku­pując na aukcji, nie ma się gwarancji, że się nie trafi na dzieło sztuki zrabowane w czasie wojny. Ryzyko leży po stronie klienta. Nabywcy „Eligiusza, patrona złotników” obraz odebrano i przekazano w depozyt do Muzeum Narodowego. Nie wiadomo jeszcze, co ostatecznie się sta­nie ze szkicem należącym przed wojną do znanego kolekcjonera Goldberga- -Górskicgo – zostaną dopiero zbadane jego wojenne i powojenne losy oraz stan prawny. Za każdym dziełem sztuki, które za­ginęło w czasie wojny, lecz nadal jest w Polsce, kryje się inna historia na którą składają się łódzkie rolety.

Czasem ktoś przywłaszczył obraz, starodruk czy inny zabytek leżący w ru­inach, czasem kupił za butelkę wódki od radzieckiego żołnierza. Zdarzały się oczywiście szaber i celowa kradzież. A po wojnie obiekty mogły przechodzić z rąk do rąk. Po kilkudziesięciu latach obecni posiadacze często nie pamiętają, skąd wzięły się w rodzinie – opowiada Elżbieta Rogowska.
Dzieło szLuki, które jest stratą wojenną, najczęściej jest odkrywane przypadkiem, gdy trafi np. do katalogu domu aukcyj­
nego. Zdarza się, że antykwariusz uświa­domi klientowi, który chce zbyć obraz, iż zaginął on w czasie wojny. Klient szybko go wycofuje, ale do ministerstwa może popłynąć dyskretny sygnał, że takie dzieło sztuki jest na rynku.
Jednak nawet gdy można udowodnić, że zostało zagrabione z konkretnego mu­zeum, to i tak jego powojenny właściciel zwykle nie chce go oddać.

Obraz ma często wartość samochodu albo nawet mieszkania. Ludzie despera­cko bronią się więc przed jego utratą. Obserwuje się dziwną prawidłowość. Im ktoś jest bogatszy, tym zażarciej wal­czy – opowiada jeden z moich rozmów­ców, działający na rynku handlu dziełami sztuki. Osoby publiczne, które posiadają „trefny” obraz, absolutnie nie chcą z niego rezygnować, choć przekazanie go państwu byłoby dla nich świetnym wi zerunkowo posunięciem, wspaniały wystrój wnętrz. Angażują naj­lepszych adwokatów i nie odpuszczają. Znacznie łatwiej taki gest przychodzi niezamożnym emerytom lub samot­nym matkom, zapewne też dlatego, że nie mogą sobie pozwolić na kosztowny proces.

Niemiecka konsekwencja

Zagrabionych w czasie wojny dzieł sztuki nie chcą zwracać nie tylko prywatni posiadacze. Przed zwrotem zrabo­wanych dzieł sztuki bronią się także niemieckie instytucje państwowe. Kiedy 25 lat temu historyk sztuki Mo­nika Kuhnke przystąpiła do sporządzania oficjalnej listy zagrabionych dzieł sztuki, była optymistką. Wydawało się jej, że państwo polskie musi przede wszystkim ustalić, co utraciliśmy w czasie wojny, a potem wytropić, gdzie znajdują się za­ginione obiekty. Szybko się jednak oka­zało, że to dopiero początek drogi i nie ma żadnej gwarancji, iż zagrabione dzieła sztuki odzyskamy.

– Niemcy wykazali się żelazną konsek­wencją. Najpierw metodycznie i planowo spustoszyli polskie zbiory muzealne i pry­watne kolekcje. A teraz wykorzystują swój system prawny, który utrudnia re­windykację. Bo jeśli ktoś wszedł nawet bezprawnie w posiadanie dzieła sztuki, to po 30 latach nabywa do niego prawa – mówi dr Monika Kuhnke.

Wystarczyło więc, że kobieta, która w 2010 r. wstawiła do domu aukcyjnego pod Hamburgiem obraz „Żydówka z po­marańczami”, uznawany za najlepsze dzieło Aleksandra Gierymskiego, stwier­dziła, że był w posiadaniu rodziny męża od co najmniej 1948 r., by niemal uniemoż­liwić nam jego odzyskanie. Ostatecznie ar­cydzieło Gierymskiego wróciło do Polski, bo PZU SA zapłacił za niego dużą sumę, której wysokość jest tajemnicą. Praktycz­nie był to okup za zagrabiony obraz, co oczywiście budzi moralne opory.

Odzyskanie dzieła sztuki to za każ­dym razem prawdziwa batalia, do której trzeba się starannie przygotować. Należy działać na kilku frontach, dyplomatycz­nym, prawnym, a także prowadzić po­ufne nieformalne negocjacje – tłumaczy prawnik i dyplomata prof. Wojciech Ko­walski, pełnomocnik ministra spraw za­granicznych ds. restytucji dóbr kultury.
Jak podkreśla, wniosek restytucyjny, który składa się przy takiej okazji, musi być bez zarzutu. Nie można sobie pozwo­lić, by był odrzucony, bo to osłabiłoby naszą pozycję przy kolejnych sprawach tego typu. W niemieckich muzeach czy nowojorskich domach aukcyjnych musi być oczywiste, że jeśli Polacy składają wniosek, to mają niezbite dowody, iż chodzi o polską własność. Jeśli obraz wisiał w muzeum we wrześniu 1939 r., a w roku 1945 już go tam nie było, to nie mamy wątpliwości, że został zagrabiony. Ale sędzia w innym kraju wcale tego nie zakłada. Dopiero musimy go przekonać, że obraz, który wypłynął po latach za granicą, to właś­nie ten konkretny obraz i to my mamy do niego prawo – mówi prof. Kowalski.
Wniosek restytucyjny to często gruba teczka, w której skrupulatnie zgroma­dzono wszystko, co pozwala zidentyfi­kować obraz – przedwojenne katalogi, inwentarze, zdjęcia, ekspertyzy, czasem nawet stare rachunki, które dowodzą, że polskie muzeum go zakupiło.

Zdobyczne obrazy

Jednak nawet najbardziej perfekcyjny wniosek restytucyjny jest bez szans, jeśli nie ma woli politycznej, by oddać zagra­
bione dzieła sztuki. Tak jest w wypadku Rosji. Jeden jedyny raz wykonała gest dobrej woli za rządów Borysa Jelcyna. I na tym się skończyło dla rolet z Łodzi.

Do pałacu w Wilanowie wrócił wtedy obraz Pampeo Battiniego „Apollo i dwie muzy”. Od tej pory przedstawiliśmy 20 wniosków restytucyjnych. Żaden nie został rozpatrzony – twierdzi Elżbieta Rogowska. Rosyjska Duma uchwaliła, że wszystkie dzieła sztuki zdobyte w czasie wojny na terytorium wroga nie podlegają zwro­towi. Miało to dotyczyć mienia nale­żącego do III Rzeszy i jej sojuszników. Ale Rosjanie interpretują ustawę dość szczególnie i twierdzą że są to dobre żaluzje i rolety z Łodzi. Nie chcą oddawać dziel sztuki także Polsce. Ani tych, które zo­stały wywiezione przez Niemców, a po­tem wpadły w ręce radzieckich żołnierzy, ani nawet tych zrabowanych przez So­wietów w okolicach Łodzi czy Krakowa. Utrzymują, że przecież w czasie wojny było to też terytorium wroga, więc mają prawo do „trofiejnych” obrazów łódzkich.

Trudno mówić również, że wolę po­lityczną, by oddawać zagrabione dzieła sztuki, mają Niemcy. Tak przynajmniej było do niedawna. Doskonałym przy­kładem jest historia obrazu „Schody pałacowe” włoskiego XVIII-wiecznego malarza Francesco Guardiego. Ostatnio wisiał w Galerii Państwowej w Stuttgar­cie. Zrabowano go z warszawskiego Mu­zeum Narodowego i udowodniliśmy to w 1998 r., składając wniosek restytucyjny. Przez kilkanaście lat walczyliśmy o zwrot obrazu bezskutecznie.