Przypadkowa dziewczyna używa dobrych kosmetyków

aktorka

Wywiad ze starego czasopisma o aktorce i jej kosmetykach.

Pierwszy chłodny weekend lata. Pada i wieje. Choć umówiłyśmy się na 14 w jej ulubionym miejscu w Warszawie (mam do „Buffo” sentyment), była tam wcześniej. Zdążyła zjeść, porozmawiać z bywalcami, wymienić uściski z obsługą. Lubią ją i traktują „jak swoją” dziewczynę. Kiedy przychodzę, siedzi już nad filiżanką kawy i z notesem w ręku. Proste dżinsy, bawełniana czarna bluzka. Zero makijażu, za to piękna opalenizna, burza włosów, śliczny zegarek i zaręczynowy pierścionek na palcu, świetnie dobrane kosmetyki. Bardzo zorganizowana na pierwszy zrzut oka. Zdystansowana. Po chwili jednak wychodzi z niej „prawdziwa Asia”. Taka, która śmieję się całą twarzą, puszcza oko, dowcipkując z siebie, zrywa się od stolika i pędzi po papierosy do samochodu, bo – jak zwykle – czegoś zapomniała. Dziewczyna z temperamentem. Gaduła. Zakochana kobieta.
Choć zastrzegła na początku, że nie chce i nie będzie rozmawiać o swoim narzeczonym i planowanym ślubie („ileż można”), niekiedy słowa same cisną jej się na usta („a kiedy kupowaliśmy z Tedem płytki do kuchni”, „Ja płaczę, bo ukradli mi aparat fotograficzny, a on w tym czasie bohatersko obronił nasz dom przed złodziejami”). Miłość ją uskrzydla, dodaje sił, bo ostatnio prowadzi bardzo intensywny tryb życia. Serial, koncert, wyjazd. Niekiedy śpi po cztery godziny. „Pracujesz nad czymś nowym? – pytam. „Nie powiem, dopóki nie stanę przed kamerą. Może to przesąd, ale sprawdza się, więc nie będę ryzykować. Porozmawiajmy lepiej o przeszłości”. Asia zagrała ostatnio w głośnym już filmie Andrzeja Seweryna (za chwilę na ekranach kin) „Kto nigdy nie żył” z Michałem Żebrowskim w roli księdza, który zaraził się wirusem HIV. Po pierwszym pokazie pojawiły się zarzuty, że jej bohaterka Elka w duecie ze swoim chłopakiem Arturem nie przystają do całości. Dla nich dramatem są sprawy przyziemne (praca, koncert, który się nie odbędzie) podczas gdy inni przeżywają tragedie. „Ale takie jest życie – powtarza Asia za Andrzejem Sewerynem – składa się z rzeczy malutkich i spraw wielkiej wagi.”

– W tym filmie wyglądasz inaczej niż zwykle – okulary, włosy ściągnięte w kucyk, sportowe bluzy…
– Nareszcie bez dekoltów, co? Elka to szara myszka. Cicha, cierpliwa graficzka komputerowa. Grzecznie stoi w cieniu swojego mężczyzny, uspokaja go, pociesza. Jest zupełnie inna niż ja. Dlatego od początku, od pierwszych próbnych zdjęć, cieszyłam się, że dano mi szansę zagrania takiej postaci. Przeczytałam scenariusz i widziałam się w okularach. Na szczęście Andrzej Seweryn też wyobrażał mnie sobie w ten sposób.

– Kiedy aktor zostaje reżyserem, praca wygląda inaczej?
– Kiedy „TAKI” aktor podejmuje się reżyserii, od razu potrafi podać klucz do postaci, rzucić właściwe słowo. Już same próbne zdjęcia powiedziały nam dużo. Pojechaliśmy wcześniej do Torunia, gdzie miał być kręcony film i przez tydzień chodziliśmy szlakiem naszych bohaterów. Operatorzy ustawiali światło, by potem wszystko poszło sprawniej.

– Zagrałaś w tym filmie, bo…
– … przez przypadek byłam w Wytwórni Filmów na Chełmskiej akurat wtedy, kiedy odbywał się casting i akurat na tym piętrze. Weszłam na przesłuchanie. Zobaczyłam Andrzeja Seweryna, aktora, którego bardzo cenię. Chciałam poznać go przy pracy. Potem okazało się, że u niego zagram. Przeczytałam scenariusz, poznałam historię. Zaangażowałam się emocjonalnie. No i tęskniłam za fabułą po grze w serialach.

– Wiele rzeczy w twoim życiu dzieje się przypadkiem?
– O ile w ogóle można powiedzieć, że coś dzieje się przypadkowo, to jestem dzieckiem przypadku. Nie mam opracowanego systemu wchodzenia po szczebelkach kariery, nie potrafię wydzwaniać i pytać o rolę, nie lubię castingów. Bo i co można zaprezentować w kilka minut? Mało, w dodatku trzeba bardzo sprawnego oka, by wypatrzyło możliwości aktora, ukryte pod płaszczykiem tremy. Wierzę raczej w to, że jeśli coś ma się przydarzyć, to się przydarzy.

– Tylko nie mów, że aktorką też zostałaś przez przypadek…
– A właśnie, że tak. Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam śpiewać. W szkole nagrywałam sobie angielskie piosenki, zapisywałam fonetycznie i śpiewałam. Lubiłam też tańczyć i już w liceum szukałam zawodu, w którym mogłabym to wykorzystać. Wiedziałam, że do biura nie pójdę, bo absolutnie nie wytrzymam w pracy „od – do”. Zaplanowałam więc sobie szkołę aktorską i wszystkim mówiłam, że do niej pójdę. Nie zmieniało to jednak faktu, że nic w tej sprawie nie robiłam. Dopiero w klasie maturalnej zaczęłam zbierać informacje o egzaminach i wtedy urosło we mnie przekonanie, że nie dam rady. „Po co będę zawracała głowę komisji” – myślałam i zaczęłam kompletować testy na psychologię. To mama zorganizowała mi spotkanie z Jerzym Trelą. Przesłuchał mnie już po maturze i powiedział, że mam próbować. Na czym w praktyce polega ten zawód, zrozumiałam jednak po szkole dla kosmetyków azjatyckich.

– Czyżby złe strony aktorstwa?
Raczej stos malutkich rzeczy, które urosły w górę i zaczęły przesłaniać mi radość z tego, co robię. To było na początku pracy przy „Chicago”. Miałam za sobą premierę w Teatrze Starym w Krakowie (Asia jest krakowianką dop. red.) i w warszawskim Teatrze Wielkim, ale i tak byłam zestresowana na scenie. Kursowałam wtedy pociągami między Krakowem a Warszawą, nikogo tu nie znałam, byłam obca w zespole, a pogoda była tak jak dziś – ciągle padało. Zaczęłam się zamykać w sobie, coraz mniej mówiłam i coraz gorzej śpiewałam. Na próbach modliłam się, żeby to Kasia Skrzynecka wychodziła na scenę. Byłam zła, bo wiedziałam, że potrafię, umiem, a jednak nie mogę dać z siebie tego, co bym chciała. Zamknięte koło po prostu. Musiało minąć trochę czasu, zanim poradziłam sobie z emocjami.